Poszarpany ruch kamery w grze

Właśnie odkryłem tajną tajemnicę. Jeżeli twoja kamera nie porusza się w wystarczająco zsynchronizowany sposób względem postaci i ta postać szarpie na ekranie, a próbowałeś(aś) już następujących sposobów:
– Zmiana aktualizacji pozycji kamery z Update na LateUpdate
– Zmiana z LateUpdate na FixedUpdate
– Dampowanie (poprzez Vector3.Lerp), dociąganie (Vector3.MoveTowards)
– Dodawanie do kamery Rigidbody i ustawianie rb.velocity = targetRB.velocity
nadal mogłeś(aś) przeoczyć jeszcze jedną rzecz.
Jeżeli postać w twojej grze porusza się w oparciu o RigidBody, to sprawdź czy interpolacja na Rigidbody postaci i kamery są ustawione na taką samą wartość. Dopiero jeżeli są takie same, to śledzenie prędkości wygładzi odpowiednio ruch kamery.

Samobójstwo #1 – problem klatki percepcji

tl;dr;
To, co jest opisane w tym artykule wydaje mi się interesujące i na pierwszy rzut oka wygląda na bardzo wartościowe. Rzadko się spotykam z czymś wartościowym w temacie problemu samobójstw (P.S. tytuł wpisu jest na przekór treści – jest to poradnik jak wyjść z dołka):

Jak się zabić? 7 sprawdzonych sposobów na samobójstwo

Zbyt długi wpis:
Samobójstwo to ciężki temat do dyskusji. Jeżeli ktoś nie przechodził przez etap chronicznych myśli samobójczych, to jego wkład w dyskusję jest zazwyczaj szkodliwy dla osób, których ten temat bezpośrednio dotyka.
Ja sam, mimo przechodzenia wielokrotnie takich etapów – na szczęście w umiarkowanym nasileniu – bardzo wiele muszę jeszcze zrozumieć, aby być wstanie pomóc komuś stanąć na własnych nogach.
Aczkolwiek mam trochę obserwacji i wniosków, które może pozwolą wykonać chociaż mały krok do przodu w tym temacie. Uważam, że musimy systematycznie robić małe kroki do przodu, bo inaczej ludzie nieznający tematu, będą robić całe skoki w tył.
Jedną z tych obserwacji jest taka, że ciężka depresja wynika z braku postrzegalnej wolności. Mamy dość dużą próbkę badawczą wśród Japończyków. Stosunkowo dużo pracowników korporacyjnych popełnia samobójstwo. Wynika to z tego, że przez całe życie – przynajmniej od początków szkoły – wpaja im się, że mają być odpowiedzialni za innych. W praktyce powstaje przekaz: twoje życie nie jest istotne, masz się dostosować i pracować dla innych, jesteś odpowiedzialny za innych, musisz poświęcić własne „ja”, własne pasje. Nie wnikam, czy jest to intencjonalne, czy jest to efekt wysoko postawionej poprzeczki. Nie ma to znaczenia. Rzecz w tym, że generuje się poczucie, iż czyiś plan jest ważniejszy od twoich własnych obserwacji, odczuć i wniosków. Nie ma miejsca na błędy. Taka postawa doprowadza do ciężkiej, często tłumionej depresji, a czasami nawet do samobójstw.
Nie zrozumcie mnie źle. Samobójstwo jest tragiczne i złe, ale trzeba walczyć z przyczyną, ale nie dobijać cierpiących.
Problem postrzegalnej wolności jest czymś, czego doświadczyłem osobiście. Psychicznie dusiłem się w swoim pokoju, jednocześnie nie widziałem sensu wychodzenia na zewnątrz (szczerze, w moim zasięgu nie było nic ciekawego), a ponadto każdorazowe pytanie się czy mogę wyjść, tłumacząc gdzie idę, na jak długo, a czasami wyjaśnianie po co było dla mnie psychicznym murem, którego w pewnym momencie nawet nie chciałem dotykać. Tak przy okazji, na moją depresję nie wynikała z tego jednego problemu, tylko z wielu różnych problemów. Ten podaję, bo pasuje do przykładu.
Tutaj mamy kilka ważnych elementów, których osoba postronna prawdopodobnie nie zrozumie. Ciężka depresja jest problemem wewnętrznym, nie zewnętrznym. To nie jest problem typu „zepsuł mi się samochód, muszę jechać do pracy autobusem i opłacić mechanika”. Ba, słowo depresja może oznaczać bardzo wiele różnych schorzeń. Można by zrobić taką analogię, że termin depresja jest tak szeroki jak zdanie „coś nie tak z kośćmi”. Czyli w zasadzie nie wiemy, czy mówimy o złamaniu, skręceniu, pęknięciu, osteoporozie, raku kości, wadzie rozwojowej, czy jeszcze o czymś innym.
Zawężając temat do tego, co nazwałem tutaj „problemem klatki percepcji”, możemy tutaj wyprowadzić analogię do „mroczków”, nagłej utraty wzroku, równowagi itp. Świat zewnętrzny prawdopodobnie wystarczająco nadaje się do życia, ale tracimy percepcję pewnych możliwości (jak możliwość wyjścia na zewnątrz), albo zasadności pewnych rzeczy (na zewnątrz i tak nie ma nic ciekawego). Nie oszukujmy się, z dnia na dzień nie sprawimy, że zaczniemy „wszystko widzieć i wszystko słyszeć”. Na tyle na ile mogę powiedzieć z doświadczeń, taka sytuacja wymaga rehabilitacji. Dosłownie rehabilitacji. Trzeba systematycznie ćwiczyć i wykonywać małe kroki. Różnica względem klasycznej rehabilitacji jest taka, że zamiast fizycznego zmęczenia i bólu, będziemy odczuwać psychiczne zmęczenie oraz pewien specyficzny strach i opór wewnętrzny.
I w takim przypadku jak ja miałem, warto przestać przejmować się, czy na zewnątrz jest coś ciekawego. Dusisz się w swoim pokoju, więc wyjście na zewnątrz samo w sobie będzie dobre. I na takim stwierdzeniu poprzestań. Nie zastanawiaj się głębiej nad tym. Nie tego potrzebujesz. Zaspokajaj jedną potrzebę na raz. A tą potrzebą teraz jest wyjście z domu.
Ok, masz już dobre nastawienie, czyli masz cel i chcesz go zrealizować.
Teraz czas na pierwsze bolesne doświadczenie rehabilitacji, czyli przebić się przez mentalny mur ogłoszenia wyjścia na zewnątrz. Wiem, że chcesz aby ten problem nie istniał. Dlatego nie skupiaj się na nim. Koncentrując się na problemie sprawiasz, że w twojej głowie on jeszcze bardziej rośnie. Skupiaj się na celu. Cel nie jest po to by go osiągnąć, ale po to, byś miał na czym się skupić. Cel ci pomoże przy próbie przełamywania wewnętrznego oporu.
Teraz kolejna ważna rzecz. Nie musisz za każdym razem osiągać celu aby było dobrze. Jeżeli w pierwszym tygodniu rehabilitacji wyjdziesz na zewnątrz tylko raz, albo nie wyjdziesz ani razu, to jeszcze nie oznacza, że jest źle. Ale postaraj się w następnym tygodniu wyjść przynajmniej raz, a najlepiej dwa.
Powoli, w swoim tempie, ale rób postępy.
Tak samo jak już będziesz na zewnątrz. Za pierwszym razem być może wystarczy jak przejdziesz się na około bloku w którym mieszkasz. Być może łatwiej też będzie powiedzieć rodzicom, że idziesz się przejść na chwilę po osiedlu, albo podać jakiś inny pobliski cel, niż dukać „idę się przejść, jeszcze nie wiem gdzie, ani na jak długo”.
Z czasem wydłużaj swoją trasę. Być może znajdziesz jakąś nową interesująca uliczkę w okolicy, jakieś nietypowe przejście, albo zaczniesz patrzeć w niebo podczas spacerów. Ale nie naciskaj. Pozwól sobie oswoić się z faktem, że regularnie wychodzisz. Musisz też oswoić swoje najbliższe otoczenie ze zmianą swojego zachowania. Zmieniaj się więc powoli, długo, ale też systematycznie.
I na koniec, zacznij oddychać pełną piersią. Jesteś wolnym człowiekiem. Musisz odkryć i doświadczyć jak realizować swoją wolność, a w efekcie poczuć się swobodnie.

Dług technologiczny – teoria kontra praktyka

Rozmowa z osobami nie produkcyjnymi na temat długu technologicznego może rozbić się bo barierę niezrozumienia wynikającą z faktu, że osoba nie produkcyjna… próbowała się dowiedzieć na czym on polega! Ten fenomen zna wiele środowisk, zwłaszcza ze sprzedaży i zarządzania. Przychodzi młody absolwent uczelni i próbuje wszystkich poustawiać, ponieważ właśnie poświecił 5 lat na zgłębianie zagadnienia, a w praktyce produktywność może jeszcze spaść.
Otóż w źródłach pisanych (zarówno w książkach jak w i internecie) panuje trend opisywania akademicko długu technologicznego w sposób sugerujący, iż może – albo wręcz jest – on świadomie zaciągany na bazie chłodnej kalkulacji.
Prawda jest taka, że dług technologiczny jest zaciągany zawsze. Różni się on głównie skalą, a co za tym idzie – również i skalą jego konsekwencji. Zależy on głównie od kompetencji, organizacji, koncentracji oraz samopoczucia programistów.
Przypadek, który ludzie próbują opisać jako świadome zaciąganie długu, jest tak na prawdę zupełnie innym zjawiskiem. Jest to działanie z zakresu projektowania struktury programu, a dokładniej ustalanie skalowalności architektury w kontekście rozpoznanych potrzeb i skali inwestycji.
Zatem dług technologiczny zawsze jest szkodliwym zjawiskiem. Brak długu technologicznego jest „nieosiągalną doskonałością, do której powinniśmy wiecznie dążyć”.

Mój wpis został zainspirowany poniższym tekstem:
https://www.linkedin.com/pulse/how-terrible-code-gets-written-perfectly-sane-people-christian?trk=v-feed&trk=hp-feed-article-title-share

Katoliccy konserwatyści to zmarnowany potencjał

Czasami jak słucham osób o konserwatywnych poglądach to nie mogę wyjść ze zdumienia. Powtarzają, iż socjalizm jest zły, że psuje ludzi i wrzeszczą „lewactwo” non stop. A później mówią, że rządy PiS są spoko, bo daje 500+, a zabiera kierowcom i przesiembiorcom. Nosz kurdź… Przecież PiS wprowadza bardziej o wiele bardziej socjalistyczne prawo jak PO, dodatkowo jeszcze zwiększając kontrolę w warstwie obyczajowej. Mało tego, większość ludzi, która głosowała na PO (oraz Nowoczesną) nie głosowała dlatego, że im się ci rządzący podobają. Głosowali właśnie dlatego, że chcą chronić państwo przed socjalizmem, ale tylko PO ma wystarczająco duże poparcie by nawiązać realną walkę z PiS-em. Tak to już jest, że ciężko jest znaleźć wspólnie akceptowalny mianownik bez wprowadzania degradującej przeciętności. Ergo, każde dwa głosy na PiS zabierają jednego kandydata „mniejszym” partiom i przekazuje go PO.
Zatem, gdyby połowa tych „antylewackich konserwatystów” zagłosowała na partie, które faktycznie nie są socjalistyczne (np Wolność), to momentalnie PO też by straciło głosy i wszystkie te głosy rozlałyby się po ugrupowaniach, które faktycznie chcą i mogą coś dobrego wprowadzić.
Ale wolą się później obrażać jak się nazywa ich idiotami, za to że wrzeszczą „precz z komuną”, a na komunę głosują.

Typy ateistów

Nie wiem, czy jest to fenomen obecnych czasów, ale my ateiści próbujemy łączyć się w większe grupy i staramy się, by reszta świata była świadoma naszego istnienia. Nie wynika to z faktu chęci forsowania własnej ideologii (gdyż ateizm nie jest ideologią), lecz z chęci obrony niezależności światopoglądowej na różnych szczeblach. Głównie prawnych oraz prawno-obyczajowych.

Sytuacja wygląda trochę tak, jak gdyby ludzie nie interesujący się piłką nożną próbowali się zjednoczyć, ponieważ większość lokalnego środowiska jest zbudowana wokół tego sportu, i to do tego stopnia, że fani piłki nożnej uważają nie byciem fanem za coś, co trzeba aktywnie potępiać. Trochę zagmatwane, prawda? Może uda mi się prościej. Mamy fanów i nie fanów. Fani uważają, iż wszystko powinno się kręcić wokół piłki nożnej. Nie fani mówią, że nie. Fani robią się agresywni. Nie fani mają kilka dylematów: jak się zebrać i zorganizować wokół idei „bycia nie fanem”, jak bronić swoich swobód wobec ludzi, którzy nie rozumieją jak można żyć nie będąc fanem, a także co potem, skoro „nie fanów” łączy tylko fakt „nie bycia fanem” (np jeden jest piekarzem, drugi muzykiem, trzeci budowniczym).

W efekcie, ponieważ ateizm nie jest ideologią, religią, ani filozofią, a co za tym idzie, nie tworzy mocno zdefiniowanej osi dla postaw ludzkich (tą rolę przejmuje indywidualne, ciągłe rozwijanie moralności – brak trzymania za rączkę prowadzi to rozwoju samodzielności). Przez to mamy bardzo szerokie spektrum wśród osób szukających „bratniej duszy” do obrony własnej suwerenności.

Wśród zaobserwowanych zachowań, udało mi się jak na razie wyłapać takie typy (kolejność przypadkowa):
1. Obserwatorzy. Ateiści poznawczy. Typ naukowy. Jest to postawa w której ateizm jest przede wszystkim sposobem na poznawanie świata takim, jaki jest. Osoba pokazując taką postawę odnosi się szeroko zakrojonej obserwacji i badań statystycznych.
2. Altruiści. Ateiści moralni (większość ateistów jest moralna, ale nie wymyśliłem lepszej nazwy). Postawa, w której człowiek doszedł do wniosku, iż bez koncepcji boga nie tylko nie jest niemoralny, ale wręcz może lepiej rozwijać swoją moralność. Zazwyczaj wynika to z faktu, iż religie często wypaczają koncepcje prawa naturalnego tworząc dziwne sugestie bądź wyjątki. Osoba odnosi się do konkretnych sytuacji oraz do pojęć dobra i zła.
3. Elitaryści. Ekonomiczni ateiści. Uważają iż ateizm może prowadzić jednocześnie do bardziej moralnego jak i bardziej efektywnego życia. Jednocześnie uważają, iż ateizm jest bardzo wymagający, a przez to nie jest dla każdego. Z założenia są wyrachowani. Skupiają się bardziej na eksploatacji otoczenia, niż na jego przekształcaniu. Uważają, iż ateiści powinni pozostać mniejszością w społeczeństwie, gdyż przeciętny człowiek nie ma dość czasu i energii, aby skonstruować sprawnie działający i moralny indywidualny pogląd na świat.
4. Wojownicy. Ideologiczni ateiści. Wierzący w ateizm. Postawa, która manifestuje się w mówieniu o „czystym” lub „prawdziwym” ateiźmie. Osoba tworzy pewną koncepcję tego, jakim człowiekiem powinien być ateista. Jest gotowa oceniać innego ateistę pod kątem tej koncepcji. Skupiają się na budowie otoczenia, w którym możliwe by było całkiem świeckie życie i są gotowe ponieść tego koszt.
5. Antyklerykałowie. Postawa wynikająca z obserwacji, iż każda instytucjonalna religijna jest zła. Osoba o takiej postawie niekoniecznie musi być przekonana o tym, iż religia sama w sobie jest zła (chociaż może). Będzie raczej przekonana, iż zło wynika przede wszystkim ze struktury oraz procedur (rytuałów, obrzędów) instytucjonalnych religii. Pogląd taki może też dotyczyć tylko poszczególnych typów struktur, np można dostrzegać zło w strukturze hierarchicznej, a akceptować strukturę płaską.

Lista nie jest skończona. Być może wrócę kiedyś do tematu, by wprowadzić poprawki oraz rozszerzyć tę listę.

Urząd to (może być) skarb. Czyli o tym, dlaczego w jednych miastach żyje się lepiej jak w innych.

Kiedyś, jak pierwszy raz musiałem wypełnić PIT (z dochodu na jakieś 70zł za roznoszenie gazet), miałem przedziwną sytuację. Otóż jeszcze nie byłem dość rozgarnięty by pilnować procedur, terminów itp, a i kwota zwrotu z podatku była śmieszna, więc w efekcie przeoczyłem datę kiedy miałem się pojawić w urzędzie skarbowym by te swoje kilka złotych odebrać. Pewnego razu puka do drzwi mieszkania jakiś facet. Otwieram, a ten daje mi kasę. Okazało się, że gość przyszedł, aby oddać mi te kilka złotych, po które zapomniałem przyjść do urzędu.
Kilka lat później, jak musiałem załatwiać inne sprawy w urzędach (a nawet w komisariatach!) to zawsze natrafiałem na osoby życzliwe i pomocne, które starały się wszystko dobrze wyjaśnić, a jeżeli ja o czymś zapomniałem, to tak wszystko organizowali, bym nie musiał przychodzić dwa razy.
Jest dla mnie szokiem, jak słyszę opinię o urzędach z innych miast. Że straszą, że są niemili, że uprzykrzają życie. Nic dziwnego, że miast w którym żyję się dobrze rozwija i dobrze się w nim żyje, a w innych niekoniecznie.

Quiz sprawdzający przekonania polityczne

Krótka notka. Dzisiaj zrobiłem jeden test na necie, który szacuje jakie ktoś ma poglądy polityczne. Jak zwykle, przy części pytaniach się wahałem między odpowiedziami. W efekcie zrobiłem test dwa razy, aby poznać jaki „zakres” quiz mi poda. W taki sposób wyszło, że waham się między poglądami socjaldemokratycznymi a konserwatywnym liberalizmem. Trochę ten konserwatyzm mnie kuje w oczy (socjal zresztą też), ale po przeczytaniu wyjaśnienia, że konserwatywny liberalizm optuje za ograniczonym wpływem kościoła, jestem gotów stwierdzić, że quiz potwierdził moje przypuszczenia w kwestii identyfikacji politycznej.

Nie mogę się doczekać na premierę Nintendo Switch

Już dawno nie czułem emocji związanych z tzw. hypem na nową grę, platformę lub technologię. Chociaż bardzo chętnie pracuję przy grach na VR, to jednak entuzjazm w ich kierunku nie przebił się przez powłokę racjonalizacji sytuacji (przypominam: być racjonalnym oraz racjonalizowanie to dwa terminy o zupełnie innych znaczeniach).

Jest jednak jedna idea, o której marzę od lat, a której nie udało się przebić na rynku. Jest to idea posiadania dużych, pełnych gier zawsze przy sobie. Powiedzmy sobie szczerze. Jest rynek osób takich jak ja, które wychowały się na „dużych” grach a teraz często nie mają możliwości zagrać, ponieważ 30 minutowe okno (rzadziej godzinne) jakie mam na rozgrywkę jest zajęte przez 2-5 minut na uruchomienie urządzenia, 5-30 minut na ściągnięcie i instalację gry, 15 minut na wprowadzenie do rozgrywki… i w tym momencie jestem już spóźniony 15 minut. W dodatku taka operacja wymaga ode mnie sprzętu, który właściwie nie mieści się poprawnie w moim małym mieszkanku. Z drugiej strony możliwości gier mobilnych przez brak fizycznych przycisków są tak małe, iż w 30 minut większości z nich mam już serdecznie dość i nie mam do czego wracać.

Jak do tej pory mieliśmy wiele urządzeń, którym zawsze czegoś brakowało. A to chodziło o brak portów gier na daną platformę, o brak drugiej analogowej gałki lub o brak fizycznych przycisków o w ogóle, o brak mocy by porty dawały złudzenie „dużej gry”, zbyt dużą fragmentację na rynku, wprowadzanie niekompatybilnych rozwiązań lub też o brak wsparcia od strony właściciela platformy. To chyba wszystkie problemy, które obecnie istnieją. Jednak wystarczają aby „gry w kieszeni” nie były satysfakcjonujące dla gracza o „core-owej” przeszłości.

I tutaj przychodzi Switch. Jedna platforma będąca zarówno konsolą stacjonarną jak i przenośną tworzona przez jednego z największych graczy na rynku. Zapewnia to brak fragmentacji rynku oraz mocne wsparcie. Platforma, która posiada pełny standardowy zestaw przycisków – żadnych udziwnień które by psuły kompatybilność portów (patrz: sterowanie w strzelankach na PSP czy też DS/3DS). Mamy jeden ekran i wsparcie dla multiplayer przez internet lub przy połączeniu wireless bez dodatkowego routera.

Zaś wsparcie kanapowej rozgrywki dla wielu graczy poprzez użycie połówki standardowego kontrolera jest bardzo ciekawym i sprytnym rozwiązaniem dla tzw. party games. Otóż z party games czasem jest ten problem, iż nikt nie chce płacić ekstra za drugi kontroler po to by dwa razy do roku zagrać ze znajomymi na kanapie. W dodatku takie gry muszą być bardzo proste, ponieważ każdy ze znajomych ma różny stopień oswojenia z grami w ogóle. Więc zamiast wydawać ponad 200zł na drugi kontroler będzie można kupić Mario Kart, a jedna gałka i 4 przyciski wymuszają na twórcach projektowanie prostej obsługi gry.

Wśród obaw możemy natrafić na to, że 4GB pamięci ram będzie problemem. Porównując do PS4 czy też Xbox One, które są na rynku od ponad 3 lat, to faktycznie bieda. Wielu developerów się ze mną pewnie nie zgodzi, ale uważam, iż nie jest to duży problem. 4GB to całkiem sporo. Osobiście tworzę na platformy mobilne i wiem, że dla takiego Androida ilość dostępnej pamięci RAM jest najmniejszym problemem. Ba, jest wręcz tak, że wykorzystujemy absurdalnie dużo pamięci ram by rozwiązać inne problemy platformy jak mało miejsca dla instalacji gry, czy też bardzo długie czasy ładowania. Zatem jeżeli zapytacie devów mających doświadczenie w mobilkach, to raczej stwierdzą, iż 4GB to jest dobry balans między możliwościami dla gry a obciążeniem dla baterii konsoli.

Wśród problemów na mobilkach częściej mamy takie, że platforma jest zbyt pofragmentowana, a duża część urządzeń ma stanowczo zbyt dużą rozdzielczość aby np wykorzystać na nich postprocesy, które bardzo dużo zmieniają w kontekście prezentacji gry i są standardem już od 2003 roku. Dla przykładu mogę wrzucić dużo więcej efektów na o wiele słabszą i starszą Sony Xperię Z1 Compact niż na Samsung S6. I to tylko dlatego, że pierwszy telefon ma ekran 720p, a drugi ma 1440p. Oczywiście, są różne sztuczki, ale używanie ich znacznie, znacznie utrudnia proces budowania gry. W efekcie na sklep wyląduje gra, która nie wykorzystuje „w pełni” ani jednego, ani drugiego telefonu, bo każdy generuje problem w innych sytuacjach.

Przy Switch wiemy, że w trybie ładowania, gdy konsola jest podłączona do tv, mamy do czynienia z rozdzielczością 1080p, a w trybie przenośnym 720p. Przypuszczam, że zegary urządzenia w trybie przenośnym będą obniżone, aby przedłużyć czas na baterii. To oznacza, że chociaż 1080p dla platformy mobilnej jest bardzo dużą wartością, to ze względu na lata doświadczeń oraz zamknięty charakter platformy, będziemy mogli wykorzystać wiele znanych nam technik. A przynajmniej będzie dużo łatwiej niż na mobilnym VR, gdzie już zaczynamy mieć przyzwoite wyniki (dzięki małej fragmentacji związanej z Gear VR).

Super informacją jest fakt wykorzystania dedykowanych kart pamięci. Bardzo niski czas ładowania, brak instalacji, konsola opracowana również jako mobilna, a zatem wyposażona również w tryb uśpienia. To też rozwiązuje jeden z problemów „mobilek”, gdzie gra w zasadzie nie powinna zajmować więcej niż 300MB, ponieważ użytkownik nie będzie miał miejsca na urządzeniu by ją ściągnąć.
Może ujrzymy częściowy powrót do „starych dobrych czasów”, gdzie konsolę i grę można było uruchomić łącznie w mniej niż minutę. Posiadacze 3DS-ów (i PS Vita pewnie też) wiedzą, że jest to całkiem prawdopodobne.

W mojej opinii nie należy się spodziewać zaawansowanego dynamicznego oświetlenia. Myślę, że górną granicą będzie wyobrażenie sobie gry P.A.M.E.L.A. przy trochę mniejszych przestrzeniach. I to nie od razu. Również odpadają techniki wymagające streamowania dużych ilości danych, jak np. wykorzystanie nagrań wideo w trakcie rozgrywki jako by uzyskać animowaną teksturę.

Największą moją obawą jest to, że znowu będzie ciężko wydać coś na tą platformę, gdyż ciężko będzie zdobyć odpowiednie licencje, certyfikaty oraz dev-kity nie mając przynajmniej średniej wielkości studia w jednym z kilkunastu wybranych krajów. Ale w mniejszym lub większym stopniu tyczy się to wszystkich konsol.

Istota człowieka

Jeżeli ktoś w skrajnym nieszczęściu ma amputowane ręce i nogi, nie mamy wątpliwości, że nadal pozostaje człowiekiem. Owszem – traumatyczne przeżycie oraz zmiany w fizjonomii nieszczęśnika mają na niego wpływ. Jednak nadal ta osoba będzie oswojona z tymi samymi rzeczami i zjawiskami. Nadal będzie miała tą samą pamięć. Nadal będzie miała wszystko, co powoduje, że to jest ta, nie inna tożsamość, osobowość. Nadal będzie dokładnie tą samą istotą ludzką. Dzieje się tak, gdyż to wszystko kryje się w głowie, a dokładniej w mózgu.

Nie mamy też problemu, by stwierdzić, że wątroba przed przeszczepem nie jest istotą ludzką. Jest tylko ludzkim organem. Wątroba nie ma świadomości. A już na pewno nie ma tego, co możemy nazwać ludzką świadomością.

Świadomość, czy też dusza, w najbardziej dokładnej dostępnej obecnie obserwacji jest to zjawisko będące wynikiem procesów zachodzących w bardzo złożonym systemie połączeń, w których dochodzi do przekazywania jednostek informacji. W przypadku ludzi, jest to ludzki mózg.

Dlaczego te dywagacje są ważne? Otóż nasze, ludzkie cywilizacje są niezwykle potężne. Potrafią być również bardzo perfidne w stosunku do swoich budulców, czyli nas – ludzi. Potrafimy zrobić z jednych ludzi zasób dla innych. W medycynie szczególnie granica miedzy etycznym ratowaniem zdrowia i życia, a jednostronnym wykorzystaniem człowieka dla innego jest bardzo śliska. Dlatego musimy umieć postawić jasną granicę między akceptowalnym oraz nie akceptowalnym. Jednocześnie, aby ratować życie ludzkie musimy pchać granicę akceptowalności dalej, gdy tylko znajdziemy pewny grunt pod nogami.

I w ten sposób obecnie większość społeczeństwa nie ma problemu z akceptacją konieczności amputacji kończyny, transfuzji krwii, czy też byciem pośmiertnym dawcą organów.

Są jednak grupy, które wolą umrzeć niż poddać się transfuzji krwii. Co nam pokazuje, że nawet w ramach jednego społeczeństwa, w ramach tematów uznawanych za pewne, nie ma zgody co do granicy między „dobrem” i „złem”.

Tutaj pojawia się problem. Czy lekarz mając pacjenta, który nie chce być poddany transfuzji krwii powinien zgodnie z sumieniem i przysięgą ratować go na siłę? W pierwszej chwili rozum podpowiada tak! Lecz jest z takim myśleniem pewien problem. Co jeżeli składałeś przysięgę o nie przyjmowaniu narkotyków, a jedynym sposobem, być wytrzymał do operacji jest podanie morfiny? Albo co jeżeli – wybiegając mocno w przyszłość – ulegniesz wypadkowi i jedynym sposobem na ratunek będzie niemal całkowite zastąpienie ciała jego mechanicznym odpowiednikiem. Taka operacja być może spowoduje, że nie będziesz czuł dotyku, ciepła, a o pełnej sterylizacji nie wspominając. Może się zdarzyć, że na skutek zmian, których jesteś przeciwnikiem, oszalejesz.

Ze względu na powyższe jestem zdania, że prawo powinno pozwalać decydować o sobie samym w tak szerokim zakresie, jak tylko społeczeństwo jest wstanie w miarę bezpiecznie zapewnić.
Ponadto uważam, iż nie ma wolności bez odpowiedzialności za siebie. Jeżeli czynisz kogoś odpowiedzialnym za siebie, oddajesz tej osobie część swojej wolności.

W praktyce wielokrotnie się przekonałem, że gdy ktoś zakazuje „dla bezpieczeństwa” innej osobie, a nie ma to oparcia w nauce (np teorii grawitacji i III zasada dynamiki przy skakaniu z bloku lub wiaduktu), to prawdopodobnie jest tylko sposobem kontroli. Przy czym jest to częściej ekspresją niewiedzy jak zapędów totalitarnych.

Pisząc o wolności, świadomości, duszy ludzkiej, ciężko pominąć jeden ważny temat.

Z tych informacji, które udało mi się znaleźć, od zapłodnienia do rozpoczęcia tworzenia zalążków organów mija jakieś 12-13 dni. Podaje się, że mózg zaczyna się rozwijać (a przynajmniej nabierać tempa w kształtowaniu się) między 6 a 7 tygodniem. Jednak dopiero między 17 a 20 tygodniem w mózgu powstają komórki nerwowe.

Do czego dążę? Otóż płód do pewnego momentu jest tylko zlepkiem organów ludzkich, a świadomości nabiera… no właśnie ciężko powiedzieć kiedy. Wiemy tylko, że nie przez 17. tygodniem ciąży. Zatem do 17. tygodnia ciąży płód na pewno nie jest istotą ludzką. Jest dopiero – a jakże, płodem – z którego taka istota powstać może.

24H Game Jam – Key of Freedom

Za studenta byłem na kilka growych hackatonach. Z gier ostało mi się tylko Key of Freedom z jednego 24 godzinnego game jamu. Bardzo zgrabnie udało się nam połączyć ideę przeciągania liny oraz inspirację takimi filmami jak Gamer oraz The Maze Runner (który swoją drogą jest na podstawie książki pod tym samym tytułem).
Wprawdzie nie implementowaliśmy fabuły gry, ale posiadanie kompletnego backstory pomogło nam w utworzeniu spójnej gry.

Tutaj są linki do gry:
Key of Freedom -Windows PC
Key of Freedom – Mac OSX